Eurostudent

Jak zdobywa się brązowy medal Igrzysk Olimpijskich?

Młoda, uśmiechnięta, pełna energii i zdeterminowana – taka jest Oktawia Nowacka. Ostatnimi czasy ma szczególny powód do radości – brązowy medal Igrzysk Olimpijskich w Rio.

Dlaczego akurat pięciobój? Bo składa się z wielu dyscyplin?

Prawdę mówiąc, o tym, że uprawiam pięciobój zadecydował przypadek. Nie było tak, że zawsze chciałam to robić. Zaczynałam od pływania w Starogardzie Gdańskim – moim rodzinnym mieście, choć już wtedy równolegle trenowałam lekkoatletykę. Mój tata jest trenerem lekkiej atletyki, więc wyszło to naturalnie. Podczas jednych z zawodów, od trenera z Gdyni dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak dwubój nowoczesny, czyli połączenie pływania z bieganiem. Pojechałam na takie zawody i poszło mi dobrze. Wtedy nie wiedziałam, że dwubój to początki pięcioboju – tyle, że dla najmłodszych. Stopniowo, rok po roku, pojawiały się kolejne dyscypliny. Jeździłam na zawody z dwuboju a dwa lata później dostałam powołanie do Ośrodka Szkolenia Młodzieży w Łomiankach. Tym sposobem, jako czternastolatka wyjechałam ze Starogardu Gdańskiego prawie do Warszawy, żeby poznać pozostałe dyscypliny i rozpocząć trenowanie pięcioboju.

 

Czternaście lat to bardzo młody wiek. Nie było Pani ciężko?

Nie. Organizm w tym wieku ma bardzo dużo siły i jest w stanie znieść wiele. Zawsze byłam bardzo energetyczna i nigdy nie umiałam siedzieć w miejscu. Kiedy przyjechałam do Łomianek większość czasu zajmowała mi realizacja planu sportowego, który miałam. Rano wstawałam na basem, który mieliśmy o 6, potem miałam szkołę a po niej kolejne dwa treningi. Tak mijał każdy dzień, ale nigdy się nie dłużył. Bywało ciężko, ale ja lubiłam trenować, męczyć się. Sprawiało mi to po prostu satysfakcję.

 

Zapał do treningów sprzed lat zaowocował między innymi brązowym medalem podczas Igrzysk Olimpijskich w Rio. Jeszcze kilka miesięcy temu, z powodu kontuzji start w Igrzyskach Olimpijskich stał pod wielkim znakiem zapytania, aż tu nagle… taki wynik.

Na każdy wynik pracuje się nie tylko przez sezon poprzedzający dane zawody, ale przez całe życie. Najważniejsze to mieć jakąś bazę, doświadczenie. Na wynik składa się wiele lat ciężkich treningów. Jak we wszystkim, także w sporcie są upadki i wzloty. Raz są superwyniki, innym razem kontuzje albo chwile, kiedy nic nie wychodzi jak powinno. Przez cztery lata trenowałam bez większych problemów. Startowałam w zawodach, wiele z nich wygrałam. Pół roku przed Igrzyskami pojawiła się kontuzja stopy. Był to dla mnie ciężki czas, bo nie mogłam biegać, a była to jedna z moich najmocniejszych konkurencji. Czułam się jak bez nogi, jadąc na Igrzyska Olimpijskie bez mojej najmocniejszej konkurencji. Ból był odczuwalny do tego stopnia, że zastanawiałam się czy dostanę pozwolenie na start. Na igrzyskach nie można startować z kontuzją. Wymagane jest 100% sprawności, co muszą potwierdzić lekarze. Było dużo stresu. Na szczęście, wszystko dobrze się skończyło. Teraz te chwile nie wydają mi się już tak straszne.

 

Jakie to uczucie, kiedy w tak niecodziennych okolicznościach słyszy się Mazurka Dąbrowskiego?

Na pewno trudne do opisania. W jednej chwili spełniają się marzenia. Spełnia się to, na co człowiek pracował przez całe życie. Wtedy nabiera się pewności, że wszystko do tej pory było po coś. Że wysiłek włożony w trening miał sens. Ciężko jest ubrać w słowa emocje, które grają w człowieku. Na pewno jest to radość i szczęście z osiągniętego celu.

 

Równie głośno, co o brązowym medalu, było o Pani weganizmie. Pokazała Pani, że nie jedząc mięsa, także można być w pełni sprawnym, silnym i stanąć na podium. To Pani sposób na dobrą formę?

Nie uważam tego za sposób. Tak naprawdę, wyniki można robić odżywiając się zdrową, tradycyjną dietą, jednocześnie nie jedząc mięsa. Nie jestem w stanie powiedzieć, że wygrałam, bo zostałam weganką. Chciałam zwrócić uwagę na to, że można także wygrywać będąc weganinem. Absolutnie nie twierdzę, że to jest jedyny, najlepszy wybór i że wszyscy muszą tak robić. Zależało mi na tym, by pokazać, że będąc weganką można robić dosłownie wszystko. Mnie ten sposób odżywiania odpowiada, bo dobrze się z nim czuję – moralnie, etycznie i zdrowo. Kiedy ktoś mnie pyta o weganizm, chętnie odpowiadam. Nigdy natomiast nie namawiam, bo uważam, że to bardzo osobista decyzja. Każdy musi zadać sobie pytanie czy zgadza się na to, co się dzieje na świecie. Zwierzęta są niehumanitarnie traktowane w przemysłowych hodowlach, samo mięso jest najczęściej faszerowane antybiotykami i sterydami, żeby szybciej trafiło do sprzedaży. To czy wyłączymy je z diety czy nie, musi być wyborem każdego z nas. Nikogo nie można przymuszać do tego na siłę. Takie jest moje spojrzenie na weganizm.

 

Jak zareagował Pani organizm na zmianę sposobu żywienia?

Nie odczułam żadnej różnicy. Nie stałam się słabsza, moje wyniki badań wciąż były i są bardzo dobre. Czuję się za to lżejsza, bo organizm nie musi zużywać tyle energii, ile potrzebował do strawienia mięsa, za którym i tak specjalnie nie przepadałam. Dieta roślinna bardzo mi odpowiada. Lubię jeść zdrowo, szukać zdrowych rzeczy i rozwiązań, więc nie było to dla mnie wyrzeczeniem a stało się pasją. Odnalazłam się w tym i bardzo to lubię.

 

Lubi Pani także motywować i inspirować innych. Promuje Pani ideę weganizmu w sporcie przez własną markę „ON”. Skąd ten pomysł?

Ludziom wydaje się, że weganie jedzą tylko sałatę i nie mają pomysłu na to, jakie produkty mogą używać w codziennej diecie. Tych produktów jest mnóstwo i najczęściej nie są to rzeczy ani drogie ani bardzo ekskluzywne. Stworzyliśmy markę „ON – włącz wege w sport” aby pokazać tym, którzy chcą zostać weganami, jak się do tego zabrać i co włożyć do garnka. Pomóc we wdrożeniu diety zarówno osobom niezwiązanym ze sportem, jak i wyczynowym sportowcom.

 roz. Paweł Kawałek

Komentarze

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Feniks Media Group nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
Nikt jeszcze nie skomentował tego materiału.
Przepisz kod z obrazka