Eurostudent

Portal dla studentów - kariera, praktyki, staże, praca, studia, rozrywka, konkursy. Magazyn Eurostudent

Czas na underground

Tatuaż czy kolczyk w nosie – to banał. Teraz żeby zaszokować, trzeba mieć kolczasty pióropusz na głowie, rozcięty na pół język albo elfie uszy.

Modyfikacje ciała stały się przepustką do kolejnego wariactwa wolności i swobody – krokiem w przyszłość, a zarazem wstecz do wierzeń i tradycji kulturowych. Czy i w Polsce zbliża się czas sztuki ciała?
 
Zaczęło się niewinnie. Modą na operacje plastyczne, które miały poprawić samopoczucie. Mała korekta nosa czy uszu, powiększenie piersi. Gdy kanon urody, czyli lalka Barbie, został dopracowany w każdym szczególe, okazało się, że jest on w złym guście. Bezpłciowym ludziom, codziennie wyglądającym z kolorowych gazet i ulicznych billboardów oraz przesytowi wzorcami piękna Brata Pitta czy państwa Beckham ludzie stanowczo powiedzieli: „Dość!”.
 
Na świecie, w Polsce
Potrzeba głębszej idei, poszukiwania i eksperymentowania stała się silniejsza. Wbrew logice i przyjętym normom znaleźli się pierwsi szaleńcy modyfikacji ciała. Nastąpił ruch w drugą stronę – w stronę zaprzeczenia mdłego wzorca. Prekursorką w dziedzinie modyfikacji swojego ciała jest francuska artystka Orlan, autorka manifestu „Sztuka cielesna”. Poddana nagłej operacji w 1978 roku, wpadła na pomysł sfilmowania zabiegu na samej sobie. Tak zaczęła się kariera artystki, dla której ciało jest tworzywem, a skalpel dłutem. Czternaście lat później, podczas siódmej operacji, kazała sobie wstawić silikonowe implanty po obu stronach czoła… Artystycznym przemianom za każdym razem towarzyszą kamery, operacja jest transmitowana przez satelity do wybranych galerii. Orlan w każdym szczególe przygotowuje jej scenariusz. Stroje chirurgów, dekoracje, pracę kamer. Jeśli zabiegi na to pozwalają, artystka w ich trakcie czyta teksty poetyckie czy filozoficzne. Maluje też zakrwawionymi palcami.
Przeglądając polskie forum modyfikatorów ciała, obserwując młodych ludzi w klubach, na studiach czy na ulicy dochodzimy do wniosku, że i Polska zaczyna być ośrodkiem dziwacznych rytuałów. – Taki szał ciał ma swoich specyficznych odbiorców. Można ich podzielić na pewne grupy. Pierwszą z nich są młodzi ludzie, którzy poddają się od jednego do trzech kolczyków. To taki wyraz buntu, a zarazem wolności. Druga grupa to studenci. Często na garnuszku mamy nie możemy sobie pozwolić na pewne „szaleństwo”. Ja nie mogłam. Moja mama zawsze była przeciwna kolczykowaniu. Dopiero kiedy wyjechałam do szkoły w Warszawie, mogłam sobie pozwolić na nutkę swobody, bez konieczności ukrywania tego przed najbliższymi. Trzecią grupą są pasjonaci, którzy na tatuażach i jednym kolczyku nie kończą. To wąskie grono ludzi, a jednak najbardziej cieszy, bo robią to z potrzeby spełnienia się i prawdziwej pasji – opowiada Sylwia, studentka, a zarazem modyfikatorka ciała, która na co dzień pracuja w jednym ze studiów piercingu i tatuaży we Wrocławiu. Bardzo szybko rynek podzielił się na potrzebujących i wykonujących. Tych pierwszych nie brakuje, z tymi drugimi już trochę gorzej. Wykonujący także podzielili się na „króliki doświadczalne” własnego ciała i „lekarzy” z powołania. A lekarze dzielą się na: „każdy sobie rzepkę skrobie” i „co mam, to z siebie dam”. Ci drudzy zdecydowanie postawili na biznes i, jak sami twierdzą, chęć dawania tego, co najlepiej potrafią – zarażać sztuką body mods.
 
Toksyczne formy
Pracownia Toxic Form to projekt trojga młodych ludzi, którzy chcą wprowadzić na polski rynek alternatywny wizaż. Mają wiele pasji – dziennikarstwo, fotografia, sport, muzyka… ale łączy ich jedno – chęć wyrażania siebie przez ludzkie ciało. – Pracujemy nad projektem od dwóch lat, ciągle udoskonalając swoje umiejętności. Trudno jest młodym ludziom na starcie coś otworzyć, dlatego na razie włóczymy się po różnych studiach, salonach wykonując swoje umiejętności. Mamy też jeden salon tatuaży, współpracujemy na stałe z teatrami i salonami fryzjerskimi. Ale przed nami jeszcze ciężka droga. Wiem jednak, że będzie to pierwsze i jedyne w swoim rodzaju miejsce. Takie połączenie pracowni tatuaży, kolczyków i innych modyfikacji z alternatywnym fryzjerstwem. Każdy z nas zajmuje się czymś innym – mówi Kamil, jeden z działaczy pracowni. – Obecnie jednak pracujemy nad strategią reklamową, bo chcemy ruszyć z wielką pompą. Niestety, żyjemy w kraju, gdzie wszystko, co inne, przyjmowane jest negatywnie, dlatego nie chcemy działać zbyt szybko i pochopnie. Dla nas, młodych ludzi, start jest najważniejszy. Sami twórcy pracowni Toxic Form nie grzeszą wyzywającym wyglądem. Jak twierdzą – oryginalności – tak, przesadzie – nie, ograniczając się do jednego kolczyka na twarzy i kilku „ukrytych” tatuaży. „Jesteśmy zwyczajni” – mówią o sobie i tak samo podchodzą do swojej pasji. – Każdy z nas ma swoją historię. Są wątki mniej i bardziej poważne. Trudno powiedzieć, kiedy to się zaczęło. Tych momentów było wiele od zawsze, tylko stopniowo coraz więcej. Chyba każdy „tatuator” czy „piercingowiec” zaczynał od siebie i najbliższych. Moje tatuaże nosi cała rodzina. Od żony, poprzez szwagierkę, skończywszy na teściach. Wszyscy pracujemy, uczymy się, a nasze zainteresowania nas połączyły – opowiada Kamil. – Któregoś dnia przyszła myśl, dlaczego by nie zacząć robić tego na poważnie? I tak to się zaczęło. Pracując dla innych, nauczyliśmy się sporo, ale w pewnym momencie przychodzi potrzeba na coś swojego. Szanuje wszystkich tatuatorów, kolczykujących i innych modyfikatorów. To naprawdę przyjazne towarzystwo, które w jakiś sposób cały czas ze sobą współpracuje i pomaga sobie nawzajem. To chyba najzdrowsza konkurencja i rywalizacja z jaką można się spotkać w biznesie. A więc, modyfikacje ciała to dobry sposób na biznes? – Raczej eksperyment. Od wielu lat można zaobserwować zmiany w kulturze alternatywnej w innych krajach. Będąc w Irlandii, dostałem propozycję pracy w jednym ze studiów modyfikacji ciała. Irlandia jest krajem bardzo otwartym, chociaż ich upodobania na kolczyki czy tatuaże są inne niż u nas. Ale trudno kogoś spotkać bez kolczyka czy tatuażu. A ceny takich zabiegów są naprawdę wysokie. Polacy nawet zaczęli robić spory biznes w Irlandii czy Anglii, ustawiając sobie klientów na zabiegi. Jadą na tzn. tournée body mods i wracają po dwóch, trzech tygodniach do Polski. To cieszy, śmieszy i smuci zarazem. Z jednej strony, to dobry sposób na zarobienie czasem naprawdę dobrych pieniędzy. Z drugiej strony, kolejny raz udowadniamy sobie, że Polska to kraj paranoi i absurdu. I smuci, bo znowu okazujemy się mniej tolerancyjni i otwarci.
 
Play Piercing
Zabiegi „upiększające” robione są nie przez chirurgów, ale przez tzw. rzeźbiarzy ciała. Steve Haworth to największy na świecie artysta tworzący trójwymiarowe dzieła w materii, jaką jest ludzkie ciało. Steve wychował się w rodzinie producentów sprzętu medycznego. „Wakacje spędzałem wśród skalpeli” – wspomina na swojej stronie internetowej. Wszczepił poduszki powietrzne ok. 170 pacjentom, z tego prawie 40 na penisach. Podskórne rogi na czole kosztują u niego 600 dolarów. Zabieg trwa od 10 minut do pół godziny. „Zależy jaką pacjent ma tkankę – tłumaczy Haworth. – U niektórych wchodzi jak w masło, u innych trochę trudniej”. Steve ma współpracownika, który zajmuje się miejscowym znieczulaniem. „Ból jest mniejszy niż przy piercingu (kolczykowaniu), bowiem odrywanie skóry od ciała nie wiąże się z uszkadzaniem jakichś nerwów. Dużo też zależy od indywidualnej wrażliwości. Niektórzy mówią potem: nie było tak źle, a niektórzy: w życiu mnie tak nie bolało.
Martyna ma 23 lata, na co dzień mieszka i pracuje w Anglii. Zawodowo zajmuje się modyfikacją ciała. Jak sama twierdzi, to nie tylko sposób na pracę, ale i na odnalezienie własnego „ja”. W odróżnieniu od większości wyróżnia się niebanalnych wyglądem. Wiele kolczyków, tatuażu to tylko dodatek do elfich uszów, które od razu przykuwają uwagę. W życiu codziennym nie brakuje osób, które wytykają ją palcami, chociaż czuje się tutaj swobodniej niż w Polsce. – W Polce to, co wciąż wzbudza nienawiść i obrzydzenie, w Anglii czy Irlandii rodzi ciekawość i fascynację. Pewnie że ludzie się dziwią. Jednak można się dziwić, ale nie obrażać innych – mówi Martyna. – W Polsce powoli się to zmienia – na szczęście. Modyfikacje ciała otacza dobra aura i myślę, że powoli mały krokami sięgamy tolerancji obcokrajowców. Jednak nie oszukujmy się, przed nami jeszcze długa droga. Opowiada o początkach pracy, pierwszych fascynacjach kolczykami i tatuażami. Wymienia nam teatry, które specjalizują się w prezentacji modyfikacji ciała na scenie. – Każdy ma swój początek. U mnie zaczęło się dosyć wcześnie. To nie jest potrzeba wyróżnia się wśród innych. To raczej „znalezienie” na siebie sposobu. Kocham modyfikację. Poddaję się im równie chętnie jak je wykonuje. Podwieszam się na hakach, robię sobie gorsety, mam elfie uszy i zastanawiam się nad rozszczepieniem języka. Przecież trzeba na kimś szlifować swój zawód.
 
Czy w Polsce jest szansa na biznes modyfikacji ciała? – Oczywiście, że jest! Bo tego jeszcze tutaj nie ma! Zawsze znajdzie się grupa zapaleńców, która zarazi następnych. Są osoby, które zawsze chciały tego spróbować, i ludzie, których pchnie ciekawość. W wielu krajach trzeba mieć specjalne uprawnienia do wykonywania piercingu, tatuaży. W Polsce – o ile mi wiadomo – kursów się nie wymaga. Tutaj liczy się przede wszystkim sterylność. To pewien plus, ponieważ nie każdego stać na kursy, a od wielu lat przekłuwają ciała. Dlaczego by nie połączyć przyjemnego z pożytecznym? Mówiąc to nie chcę nikogo namawiać, ponieważ do tego potrzebny jest talent. Jednak uważam, że Polska zasługuje na scenę modyfikacji ciała. Kolczykowanie, tatuowanie w Anglii czy Irlandii naprawdę się ceni! Podchodzi się do tego jak do sztuki i rzemiosła. Dlaczego by miało być inaczej tutaj? Nasuwa się tylko jedno pytanie o to, co pcha ludzi do alternatywnych fryzur, kolczyków, tatuaży czy cięższych modyfikacji? Masochizm? Chęć zwrócenia na siebie uwagi? A może potrzeba udowodnienia sobie i innym: popatrz, stać mnie na utrzymanie czegoś kosztownego i niepotrzebnego? Czy może wymaga to głębszego spojrzenia – chęć ominięcia ewolucji poprzez bezproblemowe osiągnięcie efektu, wszczepiając kolce na głowie niczym koguci grzebień? Odpowiedzi nasuwa się mnóstwo i żadnej nie jesteśmy pewni. Ale, jak mówią niektórzy, to świeży pomysł na rewolucyjny biznes.