Eurostudent

Portal dla studentów - kariera, praktyki, staże, praca, studia, rozrywka, konkursy. Magazyn Eurostudent

Jestem sobą

Z Kasią Burzyńską – wieloletnią prezenterką MTV, prowadzącą dziś program „Hit Generator” w TVP2 – rozmawiamy o tym, dlaczego zaangażowała się w kampanię na temat antykoncepcji, jak wspomina okres studiów i jak radzi sobie z popularnością.

Od 2008 jesteś ambasadorką kampanii „Tak! Dla nowoczesnej antykoncepcji”. Dlaczego uznałaś, że temat antykoncepcji jest na tyle ważny, że warto się w tę akcję zaangażować?
Nigdy nie chciałabym być tylko „twarzą” jakiegoś produktu. Nie interesuje mnie pokazywanie się wyłącznie dla korzyści finansowych. Ale jeśli kampania ma wydźwięk edukacyjny, jeśli może komuś otworzyć oczy i pomóc, to super. Wtedy jestem „za”. Bardzo zapaliłam się do tego projektu. Czuję się trochę jak animatorka kultury antykoncepcyjnej młodych ludzi. Pokazuję drogę, uzmysławiam pewne rzeczy, uczulam na nie. Może dzięki akcji „Tak! Dla nowoczesnej antykoncepcji” będzie mniej młodzieńczych dramatów, a więcej szczęśliwych historii. Chodzi o to, by cieszyć się własną cielesnością i seksualnością, a nie uczyć się tabliczki rozmnażania w momencie, kiedy nie jesteśmy jeszcze na to gotowi.

Czy uważasz, że antykoncepcja jest tematem tabu dla młodych Polaków?

Myślę, że nie. Ale ten temat jest rzadko poruszany w mediach, a jeżeli już, to przy okazji Światowego Dnia Antykoncepcji czy Walki z AIDS. To temat, po którym w Polsce poruszamy się rzadko i po omacku. Tak być nie powinno. To dla mnie wielka hipokryzja, gdy znani ludzie nabierają wody w usta. Mam wtedy ochotę opluć ich tą samą wodą! Kasia Cichopek, zapytana o zdanie na temat antykoncepcji, odmówiła odpowiedzi. Seks w Polsce źle się kojarzy. A przecież prawie każdy go uprawia i każdy powinien to robić z głową. Nie ma mowy o nieprzyjemnych konsekwencjach, jeśli wiemy, czym jest antykoncepcja i jak ją stosować. Brak też edukacji seksualnej w szkołach, czego efektem są często niechciane ciąże. Człowiek staje się efektem ubocznym miłości. Takie sytuacje są niedopuszczalne i nie powinny mieć miejsca! Myślę jednak, że jesteśmy na dobrej drodze: informacji o antykoncepcji jest coraz więcej, choć póki co, młodzi ludzie czerpią je głównie z Internetu, który nie jest całkowicie kompetentnym źródłem. Akcje społeczne typu „Przyjazny gabinet” pokazują, że są ludzie i instytucje, do których można się udać, by zapytać o sprawy antykoncepcji. Są ludzie, którzy mogą poświęcić młodym czas i żadne pytanie nie jest wstydliwe czy nie na miejscu. Po szczegóły odsyłam na stronę www.pigulka.pl

Studiowałaś i ukończyłaś ekonomię we Wrocławiu. Dojeżdżałaś wtedy do pracy w MTV w Warszawie. Czy mimo tego miałaś okazję doświadczyć prawdziwego „studenckiego życia”?
Pewnie! Bardzo dobrze wspominam czas studiów. Przez półtora roku mieszkałam w akademiku. Pamiętam mój pierwszy dzień. Weszłam do budynku obładowana plecakami i tobołami, nacisnęłam przycisk windy, wchodzę – a tu impreza! Trwała ona do końca mojego pobytu w akademiku (śmiech). Trafiłam na rewelacyjne współlokatorki. Świetnie się dogadywałyśmy, bo wszystkie miałyśmy problem z gotowaniem i sprzątaniem. Żyłyśmy niemal jak w komunie. Co weekend jedna z nas jechała do domu i przywoziła wikt od mamy. Dzięki temu nie musiałyśmy żywić się w ptasich karmnikach. Gdy na II roku studiów zaczęłam pracę w MTV, rozpoczęłam indywidualny tok studiów. Większość przedmiotów mogłam zaliczyć w dogodnych terminach, ale z kolei musiałam np. przez półtora roku przyjeżdżać do Wrocławia co poniedziałek na 7.30 na WF. Byłam bardzo dumna, że zaliczyłam wszystko w terminie i zdobyłam tytuł magistra.
 
W wywiadach mówisz, że nie pasujesz do świata dorosłych, że jesteś „przeterminowanym dzieckiem”. Dlaczego wybrałaś więc tak poważny, żeby nie powiedzieć nudny, kierunek jak ekonomia? Czy rodzice naciskali na taki wybór?
Trochę tak, chcieli, żebym miała „poważny” zawód, a ja dziś nie żałuję wyboru i cieszę się, że go mam. W MTV wszystko było robione „na wariackich papierach”. Szybko i intensywnie. Powroty do Wrocławia pomogły mi nie zwariować i zachować harmonię. Z jednej strony szaleństwo, rock‘n’rollowa praca i „hulaj dusza” a z drugiej ekonomia, słupki, konta. Rodzice zgodzili się na moją przeprowadzkę do Warszawy i „romans z telewizją” pod warunkiem, że skończę studia. To im obiecałam i dotrzymałam słowa. Dziś jestem im bardzo wdzięczna. Ale jeśli musiałabym wtedy z czegoś zrezygnować, to byłaby to na pewno praca w MTV. Zostałam wychowana w poczuciu, że najważniejsze jest wykształcenie.

Czy to prawda, że temat twojej pracy magisterskiej dotyczył MTV?
Napisałam pracę o kształtowaniu wizerunku MTV. Włożyłam w nią wiele wysiłku, czasu i serca, bardzo mi zależało na tym, żeby nie była kolejną typową pracą naukową: mdłą i jałową. Jak sobie założyłam, tak zrobiłam! I oczywiście jeden z rozdziałów poświęciłam sobie (śmiech). Nie muszę chyba dodawać, że obroniłam się na 5?!

Czy wyobrażasz sobie, że mogłabyś pracować poza branżą rozrywkową?
Oczywiście! Nie czuję się do niej kurczowo przywiązana. Nie martwię się tym, co będzie, jeśli się wypalę, zwolnią mnie, czy ludzie nie będę chcieli już mnie oglądać. Czasem mam nawet takie ciche marzenia, żeby popracować przez tydzień w szkole, iść do wojska albo wyjechać do Hiszpanii, podszkolić język, stać za barem i nalewać cerveza.

Czy masz dystans do swojej popularności?
Byłam niedawno na 30. piętrze Pałacu Kultury, gdzie przyjechała również wycieczka ok. 11-letnich dzieci. Podszedł to mnie chłopiec i oznajmił: „Widziałem wszystkie pani filmy!”. Po czym tonem niecierpiącym sprzeciwu poprosił o autograf, gdyż zauważył, że koleżanka z klasy zrobiła to samo chwilę wcześniej. Potem usłyszałam, jak pytał nauczycielki: „A kto to w ogóle był?”. Dla tej chwili warto było spędzić pięć lat w tej pracy! (śmiech)

Jak przyjmujesz krytykę? Czytasz komentarze na swój temat w Internecie? Sieć obfituje w złośliwe, nawet wulgarne komentarze.
Kiedyś to śledziłam, żeby się dowiedzieć, jak ludzie mnie postrzegają, co im się we mnie podoba, a co ich denerwuje. Teraz rzadko to robię, bo gdy czytam, że mój uśmiech jest nieszczery albo fakt, że wciąż „szczerzę zęby”, jest podejrzany, to jak mam inaczej zareagować, jak nie śmiechem? Ja niczego nie udaję, moje zachowanie nie jest jakąś pozą. Uwielbiam się uśmiechać! Cieszę się życiem i jestem rasistką – nie dopuszczam czarnych myśli. A jeżeli komuś to przeszkadza, to jego problem. Ja tym sobie głowy zaprzątać nie zamierzam!

Z popularnością łączy się ujawnianie swojej prywatności. Mówiłaś publicznie o związku, a potem o rozstaniu ze Sławkiem Uniatowskim. Ile prywatności chcesz ujawnić?
Żałuję, że ten związek wypłynął za bardzo na światło publiczne. Teraz wiem, że to jest niepotrzebne. To był błąd. Wiem, że już czegoś takiego nie zrobię. Ja po prostu chciałam pochwalić się swoim szczęściem. Teraz zrozumiałam, że nie warto. Rozprawianie o swoich prywatnych sprawach w mediach jest dla mnie jak rozbieranie się w piśmie dla panów. Każde takie wyznanie jest aktem. Nic tak nie obnaża. Jeśli dla kogoś to jedyny sposób na zaistnienie, to pozostaje tylko współczuć.

Wywiad, który przeprowadziłaś z prostytutką na antenie „Radiostacji” pozbawił Cię pracy, ale zwiększył twoją popularność. Czy skandal to najlepszy sposób na zaistnienie w branży rozrywkowej? Czy potrafisz sterować swoim wizerunkiem?
Skandal jest chyba najprostszym narzędziem pomagającym wypłynąć na powierzchnię, ale tylko na chwilę. Jeżeli chodzi o wywiad z prostytutką, to wywoływanie skandalu nie było działaniem zamierzonym. Rozmowa mnie bardzo zaciekawiła, słuchacze włączyli się w nią drogą mailową, w studio wrzało. Chciałam wydobyć z rozmówczyni jak najwięcej informacji, pokazać, jak naprawdę wygląda środowisko. To się udało. Ale pora nie była odpowiednia… W każdym razie praca w radio była dla mnie fantastyczną przygodą.
Pytasz, czy umiem sterować swoim wizerunkiem. Nawet się nie staram. Piszą o mnie, że na siłę chcę zwrócić na siebie uwagę krzykliwym ubiorem. A ja zwyczajnie nie lubię nudy w modzie, nie chcę i nie będę wyglądała szaro i smutno, bo kolor to mój żywioł, no ale do tego trzeba dopisać jakąś ideologię…

Czyli jesteś sobą?
Tak, i największy komplement dla mnie to taki, gdy ktoś mówi, że jestem taka sama w telewizji i prywatnie. Słyszę taki komplement często i to jest mój prywatny sukces.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Aleksandra Soboń-Smyk